
Lwów jest miastem zadziwiającym. I nie chodzi tu bynajmniej o jego urodą, świetnie zachowane zabudowania, czy zabytkową kostką brukową, która pokrywa powierzchnię całej starówki. Lwów jest miastem zadziwiającym, bo to oddalone o siedemdziesiąt kilka kilometrów od granicy Polski miasto potrafi prawdziwie zaskoczyć.
Co nietypowego może więc spotkać we Lwowie przeciętnego turystę? Choćby to, że woda z kranów cieknie tylko przez kilka godzin: trzy rano i również trzy wieczorem. Z tego powodu w toaletach też nie należy doszukiwać się działającej spłuczki. Często zamiast niej spotkamy beczkę wypełnioną wodą z wiadrem obok.
Zaskoczyć mogą też różnego rodzaju jadłodajnie. Może się zdarzyć, że zgłodniała grupa turystów trafi do restauracji, gdzie kelnerka uprzejmie poda kartę jedynie z nazwani potraw, bez cen. Targowanie się można uznać za jedną z turystycznych atrakcji. Będzie to praktyczny sprawdzian tego, czym tak na prawdę jest prawdziwy słowiański temperament.
Jednak to właśnie we Lwowie można poczuć prawdziwą wolność. Po pewnym czasie absurdalne sytuacje, w których można się znaleźć przestają uwierać, a nawet stają się w pewnym sensie atrakcyjne. Niskie, o około 50% niższe niż w Polsce, ceny produktów zachęcają do kupowania, otwartość mieszkańców wpływa pozytywnie na samopoczucie. Miasto zaczyna wciągać, nęcić, zachęcać tak długo, aż na usta turysty napłyną wersy starej piosenki wykonywanej przez dwóch przedwojennych lwowskich batiarów Szczepcia i Tomcia: „Bo gdybym się kiedyś urodzić miał znów – tylko we Lwowie”.